Krzysztof Mądel SJ
Tekst nt. polskich reform społeczno-ustrojowych napisany pod koniec 1998 roku na zamówienie Pana Ministra Michała Kuleszy, Pełnomocnika Rządu RP ds. reformy administracyjnej Kraju
S p i s t r e ś c i
Po co nam reforma administracji?
Skąd biorą się Polacy?
Dobro wspólne, to znaczy czyje?
Po co nam regiony, powiaty i gminy?
Czy regionalizacja nie osłabi Polski?
Najpierw "kasztelan" czy najpierw marszałek?
Samorządnie albo wcale
Kto za to wszystko zapłaci?
Jak to robią inni?
Jak rozmontowaliśmy PRL
Mierz siły na zamiary
Gdzie to załatwić?
Co załatwimy w urzędzie powiatowym, czyli w starostwie?
A co załatwimy w województwie?
Mądry Polak w Europie
Szlachetne zdrowie
Wolnoć Tomku w domku
Szewskie pasje w sektorze usług
Nałogi i inne niedomogi, czyli jak pokonać kryzys w rodzinie
Jak zostać pogodnym dziadkiem lub babcią?
Co może się nie udać i jak temu zaradzić?
Te same problemy, ci sami urzędnicy
"Psuje" wysokiej rangi, nie gangi
Polityk i urzędnik na ścieżce wojennej
Pokaż mi jak świętujesz, a powiem ci kim jesteś
Z nastaniem roku 1999 Polska zyskała nową administrację. Co to oznacza? Czy chodzi tu tylko o nową mapę województw, gmin i powiatów, czy może o coś jeszcze? Jakie będą korzyści z tej zmiany -- jakie dla Polski i jakie dla nas, jej obywateli? Czy reforma administracji nie niesie ze sobą jakiegoś ryzyka i co w ogóle trzeba o niej wiedzieć? Spróbujmy odpowiedzieć na te pytania, a również na pytania dotyczące trzech kolejnych polskich reform: reformy służby zdrowia, szkolnictwa i ubezpieczeń społecznych, bo przecież wszystkie one wzajemnie się ze sobą łączą. Przyszło nam żyć w niełatwych, przełomowych czasach. Przyjrzyjmy się im zatem bliżej.
Zanim jednak zaczniemy mówić o refomach, wypada, żebyśmy zadali sobie pytanie bardziej podstawowe, a mianowicie pytanie o to, kim my właściwie jesteśmy? Jesteśmy Polakami, to oczywiste. No dobrze, ale co to konkretnie znaczy? To znaczy, że mówimy tym samym językiem, czytamy tych samych poetów, mamy wspólną przeszłość. Nosimy w sobie podobne krajobrazy, jesteśmy dumni z tych samych bohaterów, patriotów, wieszczy... Różnimy się pod względem religijnym, a bardziej jeszcze pod względem politycznym -- zawsze tak bywało -- ale kiedy myślimy o Polsce, kiedy śpiewamy narodowe hymny, to zawsze w głębi ducha czujemy to samo...
Kim jeszcze jesteśmy? Spotykając się na obczyźnie, z dala od rodzinnego domu, szukamy zwykle wspólnych miejsc i osób. Rekonstruując naszą ludzką tożsamość zaczynamy wspominać rodzinne miasto, ulicę, wioskę... To, kim jesteśmy, to osoby i miejsca, które nas ukształtowały... Czy prawdziwa tragedia naszej powojennej historii nie polega na tym, że te naturalne korzenie naszej ludzkiej i narodowej tożsamości okaleczyło ostrze ideologii, która chciała uczynić nas obywatelami nowego, nierealnego świata? Wiemy dobrze, że nie chodzi tu tylko o ideologię, ale o cały zespół działań, który praktycznie wyrywał młodego Polaka z miejsca, w którym się urodził i wychował, z jego kultury i tradycji. Czy już nie czas do tych miejsc powrócić?
Dobro wspólne, to znaczy czyje?
Nasz ludzki i narodowy matecznik, nasze dobro wspólne, czyli Polska, to nic innego jak czyjeś rodzinne strony -- zawsze czyjeś i zawsze inne, a jednak zawsze wspólne. W opisywaniu rzeczywistości społecznej nauki humanistyczne już od bardzo dawna posługiwały się kategorią "dobra wspólnego". Dobro wspólne jest sumą zewnętrznych warunków życia, które pozwalają człowiekowi rozwijać się i istnieć. W pewnym sensie "dobrem wspólnym" jest także każdy pojedynczy człowiek, bo to przecież on staje się twórcą kultury materialnej i duchowej społeczeństwa, niemniej jednak w sensie właściwym dobro wspólne to prawa, instytucje i inne ogólnodostępne dobra, które kształtują nasze bytowanie. Sięgająca starożytności, a rozwijana przez wielu współczesnych autorów teoria społeczna tłumaczy naturę dobra wspólnego w sposób dynamiczny, widząc w nim proces nieustannej wymiany dóbr i usług. Ta wymiana dokonuje się pomiędzy poszczególnymi podmiotami życia wspólnego. Dokonuje się ona w wymiarze horyzontalnym, a więc między podmiotami równymi sobie (czyni je równymi), ale także w wymiarze wertykalnym, to znaczy między pojedynczymi podmiotami oraz instytucjami wspólnego dobra. Prostym przykładem tej pierwszej wymiany jest wszystko to, co dokonuje się na rynku, natomiast przykładem drugiej jest podatek oraz świadczenia, jakie z tytułu podatku możemy otrzymać. Ważne jest to, że relacji spajających społeczeństwo nie da się sprowadzić do jednego wspólnego wzoru. Czysto rynkowa wymiana zawsze pozostaną czymś innym niż te relacje, które bezpośrednio łączą nas z dobrem wspólnym.
Jakie wnioski płyną z tych spotrzeżeń? Po pierwsze, życie społeczne podporządkowane jest zasadzie solidarności. Bez wzajemnej wymiany dóbr i usług, społeczeństwo nie może rozwijać się ani istnieć. Rozwija się natomiast tym lepiej, im bardziej jest solidarne, czyli im większą liczbę podmiotów (niekoniecznie dóbr) obejmuje ta wymiana. Co więcej, ta wymiana tylko po części motywowana jest osobistym interesem jej uczestników, a zatem tylko po części jest spontaniczna. Bardzo często jej motorem staje się takie pragnienie dobra, które nie może liczyć na bezpośrednią satysfakcję. Nie chodzi tu tylko o czyny bohaterskie, które należą do rzadkości. Pomyślmy raczej o sytuacji pracownika, który przez szereg lat ubezpieczał się od choroby, ale któremu nigdy nie było dane czerpać takich "korzyści" ze składki, jakie zaczerpnał jego kolega, któremu poważna choroba kazała spędzić w szpitalu długie lata. Obaj wydali na ubezpieczenie tyle samo, jednak jeden z nich skorzystał ze świadczeń ubezpieczeniowych bardziej niż ten drugi. Nierówność jest tu oczywista, a jednak nie wątplimy ani w sprawiedliwość wymiany, ani w solidarność, jaką ci dwaj ludzie wzajemnie sobie okazali.
Ten przykład pomoże nam sformułować jeszcze jeden ważny wniosek, a mianowicie, że zasada solidarności łączy się nierozerwalnie z zasadą pomocniczości, w myśl której wzajemna wymiana dóbr niekiedy przybiera postać pomocy społecznej. Ta pomoc, jak sama nazwa wskazuje, nie jest środkiem stałym, lecz stosuje się ją proporcjonalnie do potrzeb. Odwołując się do naszego przykładu, możemy powiedzieć, że lepiej, kiedy pomagający dobrze zna tego, komu pomaga, i lepiej, kiedy bierze za tę pomoc osobistą odpowiedzialność, gorzej zaś, kiedy całą odpowiedzialność deleguje na odległe, "bezosobowe" instytucje. Mówiąc inaczej, zasada pomocniczości nakazuje pozostawić możliwie najwięcej kompetencji i odpowiedzialności osobom i instytucjom, które same chętnie tę odpowiedzialność podejmą, bo na pewno zrobią to lepiej i mądrzej niż ktokolwiek inny. W odniesieniu do porządku ogólnopaństwowego zasada pomocniczości każe ograniczać bezpośrednie interwencje władzy centralnej, zaś sprzyjać samodzielności społeczności lokalnych, zwłaszcza jeśli zechcą one taką dopowiedzialność podjąć. Właśnie to bowiem jest sprawiedliwsze, skuteczniejsze i lepsze.
Po co nam regiony, powiaty i gminy?
Reforma administracji publicznej kraju zapoczątkowana przez pierwszy "solidarnościowy" rząd RP udowodniła, że zasady solidarności i pomocniczości sprawdzają się znakomicie nie tylko w krajch zasobnej demokracji, ale nawet w naszej pokomunistycznej rzeczywistości. W roku 1990 powstały samorządowe gminy. W ciągu kilku lat ich działalności okazało się, że są one w stanie wykonać o jedną piątą taniej to, co do tej pory realizowała władza centralna, a ponadto pięciokrotnie więcej inwestują. To, co lokalne, okazało się bardziej gospodarne, bardziej pomysłowe i oszczędniejsze.
Istnienie samorządowych gmin wykonujących najbardziej podstawowe usługi uruchomiło ogromną ilość inicjatyw. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu lokalne środowiska odkryły swoją tożsamość, poczuły się odpowiedzialne i zdolne kształtować własne oblicze, a nawet zaczęły wzajemnie ze sobą konkurować! Decentralizacja władzy skupionej w jednym miejscu okazała się koncentracją ogromnych sił w wielu miejscach jednocześnie. Nowy wygląd naszych miast, miasteczek, wiosek dobitnie świadczy o skuteczności tego procesu.
Utworzenie samorządowych gmin, jak wiemy, tylko w niewielkim stopniu zmodyfikowało funkcjonowanie centrum. Wszystkie ważne służby społeczne nadal podległe były bepośrednio jedynemu w państwie ośrodkowi władzy i funkcjonowały w pionowych, hierarchicznych i niemal niezależnych od siebie strukturach branżowych. Brak wzajemniej współpracy między tymi branżami (i to na wszystkich szczeblach hierarchii) oraz brak wyraźnego rozdziału kompetencji decyzyjnych, wykonawczych, rewizyjnych i finansowych wewnątrz każdej z nich był przyczyną ich niewydolności oraz przysłowiowej wręcz korupcji, a co za tym idzie marnotrawstwa środków i sił ludzkich. Dokończenie reformy samorządowej oraz przebudowa służb publicznych w państwie była palącą koniecznością.
1 stycznia 1999 r. Polska stała się wspólnotą regionów. Samorządowe gminy i powiaty tworzą szesnaście samorządowych województw. Te pierwsze (gminy i powiaty) mają za zadanie zaspokajać najbardziej podstawowe potrzeby obywateli, te drugie (województwa) troszczą się o cywilizacyjny i ekonomiczny rozwój regionu, prowadzą śmiałą politykę inwestycyjną i międzynarodową, patrzą w przyszłość. O ile gminy i powiaty istnieją jakby obok siebie, to znaczy nie są sobie hierarchicznie podporządkowane, bo ich zadania są po prostu inne, o tyle województwa rzeczywiście pełnią pewne nadrzędne funkcje, a to w osobie wojewody, który odpowiada przed Prezesem Rady Ministrów (premierem) za przestrzeganie prawa przez poszczególne instytucje samorządowe. Wojewoda, któremu podlega straż pożarna i policja, nie jest zatem przedstawicielem samorządnego województwa, lecz rządu RP. Przedstawicielem województwa jest natomiast marszałek, stojący na czele wojewódzkiego samorządu (sejmiku) oraz jego organu wykonawczego, jakim jest zarząd. Cywilizacyjny i gospodarczy rozwój regionu pozostaje zatem w gestii marszałka.
Czy regionalizacja nie osłabi Polski?
Czy decentralizacja władzy nie powiększy nierówności społecznych? Czy wprowadzenie samorządnych województw nie osłabi integralności Polski? Wręcz przeciwnie -- to właśnie centralistyczna gospodarka była źródłem przepaści ekonomicznych pomiędzy regionami, to ona również antagonizowała między sobą grupy społeczne i zawodowe, a także poszczególne regiony kraju. Dowód? Proszę bardzo.
Na czym polega centralne sterowanie gospodarką? Na tym, że jeśli uzna się, jakąś dziedzinę życia ekonomicznego za priorytetową, to udziela się jej przywilejów budżetowych i prawnych. Uprzywilejowana branża staje się enklawą w systemie gospodarczym. Czy to sprzyja równomiernemu rozwojowi kraju? Nie, bo ważniejsze branże, takie jak przemysł energetyczny lub maszynowy, można ulokować tylko w niektórych regionach. Tym sposobem przywileje i inwestycje zaczynają rozkładać się lokalnie, różnice ekonomiczne między regionami rosną i trzeba je coraz silniej korygować z budżetu centralnego. Czy centralne sterowanie sprzyja równości poszczególnych grup zawodowych? Nie, bo dochody poszczególnych grup pracowniczych nie zależą już od naturalnych czynników, ale są wynikiem aktualnie obowiązującej opcji władzy. Władza centralna zawsze jest zainteresowana dobrem państwa jako całości, uzyskaniem szybkich przychodów, koncentracją sił. Równomierny rozwój, równość szans, jako się rzekło, nie należy do jej priorytetów. Jedynym wyjściem jest zatem decentralizacja. Dopiero pojawienie się samorządnego regionu może wszystko to zmienić.
Najpierw "kasztelan" czy najpierw marszałek?
Obecnie mamy w Polsce 2489 gmin. Każda z nich liczy średnio od 3 do 15 tysięcy mieszkańców. Co 4 lata mieszkańcy gminy wybierają swój samorząd, czyli radę gminy. Rada z kolei powołuje 4-7 osobowy zarząd gminy oraz przewodniczącego tego zarządu, czyli wójta (na wsi), burmistrza (w mieście) lub prezydenta (w wielkich miastach). Władze gminy zaopatrują mieszkańców w wodę, gaz, energię elektryczną i cieplną, prowadzą przedszkola, szkoły, biblioteki, obiekty sportowe, placówki kulturalne i wychowawcze, organizują transport lokalny, rozdzielają pomoc społeczną, odpowiadają za lokalne drogi, porządek publiczny, ochronę przeciwpożarową, ochronę środowiska i utrzymanie czystości.
Od 1 stycznia 1999 istnieje w Polsce także 320 powiatów. Większe miasta tworzą "powiaty grodzkie", zaś grupy gmin znajdujących się poza obszarami tych miast to "powiaty ziemskie". Jedne i drugie mają takie same kompetencje. Mieszkańcy powiatów co cztery lata wybierają swój samorząd -- radę powiatu, ta z kolei powołuje 3-5 osobowy zarząd oraz przewodniczącego zarządu -- starostę. Głównym zadaniem starosty jest zapewnienie obywatelom tych usług, których gminy nie były w stanie wykonać. Dlatego też powiat nie stoi "ponad" gminą, ale "obok" niej - po prostu wykonuje inne zadania. Jakie? Mniej więcej takie, jakie potrzebne są społecznościom liczącym około 100 tys. mieszkańców, bo właśnie tyle liczą średnio powiaty: prowadzi szkoły ponadpodstawe, artystyczne i specjalne, utrzymuje większe placówki kulturalne, szpitale, udziela pomocy rodzinom w potrzebie, a jednocześnie zwalcza patologie społeczne i przeciwdziała bezrobociu, prowadzi nadzór sanitarno-epidemiologiczny, budowlany, gruntowy, promuje działalność gospodarczą, chroni prawa konsumenta.
Jak widać, zadania samorządnych powiatów przypominają zadania dawnych województw, z kolei nowe samorządne województwa przejmują większość niegdysiejszych obowiązków rządu i ministerstw, a zatem już samo utworzenie samorządów ponadgminnych jest dowodem na to, że władza naprawdę "przybliżyła się" do obywatela. Bliższa jednak ciału koszula, dlatego szef naszej naszej własnej gminy, którego dla wygodny nazwijmy tu "kasztelanem" (wójt, burmistrz, prezydent), zawsze pozostanie dla nas ważniejszy niż starosta powiatu, niż marszałek województwa czy premier rządu, a to z tego prostego powodu, że to właśnie on bezpośrednio odpowiada za wygląd naszego najbliższego otoczenia i za funkcjonowanie najbardziej potrzebnych nam służb publicznych. Stojący, jakby się wydawało, "wyżej" od niego starosta czy marszałek mają jedynie uzupełniać to, czemu "kasztelan" nie byłyby w stanie sprostać. Wszyscy odpowiadają za to, jak wydawane są pieniędze z naszych podatków, skoro jednak szef gminy dysponuje środkami cztery razy większymi niż te, nad którymi czuwa starosta i aż siedem razy większymi (w przeliczeniu na jednego obywatela) od tych, za które odpowiada marszałek, to jest rzeczą zrozumiałą, że winniśmy żywo interesować się tym, jak on to robi. Nie znaczy to bynajmniej, że na starostę czy marszałka możemy machnąć ręką. Starosta bowiem w przeciwieństwie do gminnego "kasztelana" dysponuje pieniędzmi trochę bardziej "strategicznymi", a więc takimi, które może przenosić z miejsca na miejsce, dlatego o ile "kasztelana" powinniśmy pytać o jakość usług, które i tak musi nam zapewnić, o tyle marszałka winniśmy pytać o to gdzie i na co wydaje, czyli na przykład komu i jak udziela pomocy społecznej, kogo leczy z nałogów, jak przeciwdziała bezrobociu. Natomiast marszałek województwa jest największym samorządowym "inwestorem" -- dysponuje pieniędzmi, które winnien wydawać na potrzebne, lecz nieistniejące jeszcze usługi: nowe uczelnie, nowe centra przemysłowe, handlowe, itp., dlatego też marszałka winniśmy pytać o kierunki rozwoju naszego regionu -- o to, czy są one jasno sprecyzowane, stałe i czy są realizowane.
Z tego, co powiedzieliśmy jasno wynika, że żywe zainteresowanie działalnością władz naszej gminy, powiatu, województwa jest nieodzownym składnikiem powodzenia lokalnej demokracji. Każdy z nas winien dobrze wiedzieć czego może oczekiwać od wójta, burmistrza, prezydenta (gmina), starosty (powiat) czy marszałka (województwo), żeby następnie móc wybrać właściwych ludzi na właściwe miejsce, bacznie śledzić ich dokonania, a wreszcie -- rozliczyć ich politycznie z powierzonego zaufania. Bez stałego sięgania do lokalnej prasy, bez śledzenia lokalnych mediów, a wreszcie bez osobistych kontaktów i bez osobistych interwencji nie będzie to wszystko możliwe. Wszystko niemal będzie jednak możliwe, jeśli swojej własnej władzy okażemy zainteresowanie. A kiedy już tak się stanie, będziemy mogli spokojnie odstawić do lamusa poczucie bezradności i inne nieprzyjemne peerelowskie uczucia.
Samorządy lokalne wyłaniane są na drodze wyborów powszechnych, równych, bezpośrednich i tajnych. Te cztery konstytucyjne terminy oznaczają ni mniej ni więcej to, że prawo wyborcze przysługuje wszystkim pełnoletnim mieszkańcom danej jednostki administracyjnej, że głos każdego z nich ma taką samą wartość i że z prawa do oddania głosu każdy korzysta osobiście, bez jakiejkolwiek konieczności ujawniania swego wyboru. Prawo wyborcze (czynne i bierne) ograniczone jest zatem do mieszkańców danej gminy, powiatu, województwa. Kiedy jesteśmy takimi mieszkańcami? Kiedy faktyczne stale mieszkamy w obrębie tej jednostki administracyjnej, w której chcemy głosować. Stałego zamieszkania nie musi potwierdzać zapis w dowodzie osobistym. Jeśli zaś chcemy być wybrani do rady gminy, powiatu czy województwa, to nie możemy kandydować do wszystkich naraz, lecz tylko do jednej z nich. Kandydatów zgłaszać mogą partie polityczne lub inne organizacje społeczne, a także sami wyborcy, przy czym w tym ostatnim przypadku zgłoszenie musi być poparte podpisami wyborców (od 25 w gminie do 300 w województwie). Kampanię wyborczą można rozpocząć z chwilą podania do wiadomości publicznej o zarządzeniu wyborów samorządowych przez premiera. Na siedem dni przed wyborami nie wolno już publikować sondaży przedwyborczych, zaś na 24 przed nimi należy zawiesić całą kampanię. Warto jeszcze dodać, że wszystkim komitetom wyborczym przysługuje bezpłatny czas antenowy w lokalnych programach publicznego radia i telewizji, zaś tym komitetom, które zarejestrowały swoich kandydatów do przynajmniej połowy sejmików wojewódzkich -- także bezpłatny czas antenowy w ogólnopolskich programach Telewizji Polskiej i Polskiego Radia.
W gminach liczących do 20 tys. mieszkańców wybory do rad są proporcjonalne, a więc kandydaci pojawiają się tam na jednej liście wyborczej i stosownie do ilości otrzymanych głosów otrzymują (lub nie) mandaty. Na jeden okręg wyborczy przypada tu od 1 do 5 mandatów. Natomiast w większych gminnach, w powiatach i województwach obowiązuje system większościowy. W poszczególnych okręgach można ubiegać się o nieco większą liczbę mandatów, a mianowicie od 3 do 10 w powiatach, od 5 do 10 w wielkich gminach, a województwach nawet do 15 manadatów. Wszędzie tu wchodząc do lokalu wyborczego otrzymujemy kilka list wyborczych i na każdej znajdujemy kilka nazwisk kandydatów -- może ich być nawet dwa razy więcej niż mandatów do uzyskania. Zawsze, a więc i tutaj, skreślamy tylko jedno nazwisko, ale robiąc to wskazujemy automatycznie nie tylko na konkretnego kandydata, lecz również na konkretną listę wyborczą, czyli na konkretny blok wyborczy, kolalicę partyjną, partię. Jeśli nasz kandydat nie otrzyma wystarczającego poparcia, będzie mógł "przekazać" swoje głosy kolegom z tej samej listy wyborczej, o ile ta otrzymała więcej niż 5% ogółu oddanych głosów. Na tym właśnie polega system większościowy.
Co dzieje się po wyborach? Najpierw wszystkie komitety wyborcze mają obowiązek złożyć sprawozdanie finansowe z kampanii. Pierwszym zadaniem nowowybranych rad jest wybranie swoich przewodniczących, czyli już to wójtów, burmistrzów, prezydentów, już to starostów czy marszałków. Wszystkie wybierają także zarząd, który jest organem wykonawczym. I tak rada powiatu (licząca od 21 do 31 osób) wybiera 3-5 osobowy zarząd, natomiast sejmik województwa (co najmniej 45 osób) kreuje zarząd dokładnie pięcioosobowy. Naszym obywatelskim obowiązkiem i naszym obywatelskim przywilejem jest dobrze znać tych, których wybieramy. Z kolei ich przywilej, lecz bardziej jeszcze ich obowiązek jest dokładnie taki sam. Możemy zatem śmiało dbać o wzajemne respektowanie tych przywilejów i zobowiązań.
Wspomnieliśmy już, że działające od roku 1990 samorządowe gminy okazały się o jedną piątą bardziej gospodarne niż rząd centralny. Spodziewając się podobnych oszczędności w nowych województwach i powiatach możemy przyjąć, że koszty całej reformy administracyjnej zwrócą się z oszczędności, jakie reforma przyniesie w ciągu najbliższych trzech lat. Po tym okresie nowa administracja będzie już czystym zyskiem całego państwa. Nie należy sądzić, że reforma administracji była bardzo kosztowna. Powiaty praktycznie już istniały, w postaci tzw. rejonów, dlatego od podstaw stworzono zaledwie kilkadziesiąt urzędów powiatowych. Zlikwidowano natomiast większość starych urzędów wojewódzkich i zamieniono je na powiatowe. Pewne inwestycje, w tym ok. 3 tys. nowych etatów, potrzebne były w nowych województwach, ale i ten wydatek jest opłacalny, jeśli uwzględnimy, że nowa administracja radykalnie ograniczy ilość pieniędzy krążących do Warszawy i spowrotem. Odtąd będą one zarządzane już niemal bez "pośredników".
Będą nimi zarządzać najpierw gminy. Skąd czerpią one swe dochody? Przede wszystkim z podatków od firm (CIT) i podatków od osób fizycznych (PIT), z opłat skarbowych, czynszów, sprzedaży nieruchomości oraz z rządowych dotacji i subwencji wyrównawczych. Jeślibyśmy wszystkie te pieniądze podliczyli, okazałoby się, że gminy dysponują ok. 15% ogółu wydatków publicznych państwa (budżetowych i pozabudżetowych razem). Daje to kwotę 40 mld złotych.
Od stycznia 1999 dzięki nowej strukturze administracji samorządy wydają niemal dwukrotnie więcej. Ze 130 mld złotych dotychasowego budżetu państwa 10 mld "zdecentralizowano" na rzecz powiatów, kolejne 6 mld na rzecz województw, zaś ok. 20 mld na rzecz finansujących ochronę zdrowia Kas Chorych. Decentralizacja oznacza, że pieniądze z podatków po prostu pozostają tam, gdzie są płacone: należą nadal do ogółu wydatków publicznych państwa, ale nie biegną już tam i spowrotem przez Warszawę, nie korzystają już z drogiego, zcentralizowanego "pośrednictwa".
Samorządowy powiat utrzymuje się z czterech źródeł: z podatków PIT i CIT, z ogólnej subwencji wyrównawczej oraz subwencji celowej (np. dla dużych szpitali), a także w miarę potrzeb otrzymuje dotacje na cele inwestycyjne.
Województwo dysponuje 5% podatków państwowych. Co ważne, jako promotor rozwoju regionalnego będzie korzystać z funduszy strukturalnych Unii Europejskiej. W roku 2000 będziemy mogli wykorzystać ok. 850 mln euro, zaś po roku 2002 fundusze na rozwój regionalny przekroczą 6 mld euro rocznie. Użycie tych środków wymaga jednak dobrego przygotowania na miejscu, bo choć pieniądze te są często rodzajem bezzwrotniej dotacji, to jednak nie można z nich finansować w całości jakiegoś programu. Pewne środki trzeba przygotwać u siebie, w regionie, w powiatach, gminach. Że to możliwe i że rezultaty takiej współpracy są bardzo korzystne, pokazuje choćby Program Rozwoju Regionalnego PHARE -- RAPID, realizowany do końca 1998 r. w kilku województwach, w ramach którego powstało m.in. szereg oczyszczalni ścieków, sieci telefonicznych i dróg. Dotacje przyznawano tu głównie gminom wiejskim, które realizowały swoje projekty w połowie z własnych środków, a w połowie z bezzwrotnej dotacji Unii Europejskiej. Łączny budżet tego programu wynosił początkowo 20 mln euro, jednak część środków z tej kwoty przeznaczono na pomoc dla ofiar powodzi z roku 1997.
Dzięki reformie Polska upodobniła się do innych krajów europejskich, w których silne regiony stanowią naturalny czynnik rozwojowy. Nasze województwa, licząc średnio po 2,4 mln mieszkańców, przypominają teraz pod względem wielkości prowincje Hiszpanii (2,3 mln), Francji (2,7 mln), Włoch (2,8 mln). Pod względem komptencyjnym nasze województwa przypominają najbardziej regiony francuskie, gdyż nie posiadają uprawnień autonomicznych. Regiony włoskie i hiszpańskie posiadają pewien zakres władzy ustawodawczej, z kolei w Niemczech, państwie federalnym, poszczególne landy cieszą się wysokim stopniem samostanowienia.
We Francji samorząd lokalny już w roku 1789 został uznany za czwartą władzę w państwie obok sejmu, rządu i sądownictwa. Wybory do samorządów odbywają się tam co 6 lat, w całym kraju jednocześnie. Głosowanie jest większościowe i proporcjonalne. Największe gminy wybierają kilkudziesięciosobowe samorządy. Samorząd (rada municypalna) zobowiązany jest do zapewnienia ładu i porządku publicznego w gminie, zatwierdza budżety roczne, zarządza własnością komunalną, tworzy i utrzymuje gminne służby publiczne, aktywizuje rynek pracy. Jedynym organem wykonawczym jest wybierany w tajnym głosowaniu mer. To on zatrudnia urzędników gminnych, ci zaś działają na jego odpowiedzialność. Mer może być odwołany tylko w przypadku popełnienia poważnego błędu lub w chwili rozwiązania całej rady.
W gminy niemieckie zarządzane są na różnych zasadach. Wszędzie władza sprawowana jest w sposób przedstawicielski, jednak o ile w gminach Północnej Nadrenii, Westfalii i Dolnej Saksonii dominującą rolę pełni rada, o tyle w Hesji, Nadrenii-Palantynacie - burmistrz, z kolei w Szlezwiku Holsztynie i miastach Hesji -- magistrat, czyli organ kolegialny, a wreszcie w gminach bawarskich i badeńsko-wirtenberskich -- znowu rada, tyle że pełni ona jednocześnie funkcje stanowiące i wykonawcze. W obu południowych landach wybierany jest także burmistrz (wybory bezpośrednie).
W sposób niezwykle oryginalny sprawowana jest władza w mniejszch gminach niektórych kantonów Szwajcarii. Wszyscy uprawnieni mieszkańcy biorą tam udział w Zgromadzeniu Gminy, podczas którego ustala się budżet i podatki, nierzadko rozstrzyga także w rozmaitych sprawach bieżących oraz wybiera władze gminy, nadzoruje je i przyjmuje sprawozdania z ich działalności. Jest to tzw. bezpośrednie sprawowanie władzy. Większe gminy nie mogą sobie na nie pozwolić ze względów praktycznych, ogłaszają zatem wybory do palamentów gminnych, niemniej jednak wiele gmin z katonów niemieckojęzycznych stosuje z powodzeniem demokrację bezpośrednią.
Historia polskiej administracji sięga końca XIII wieku, kiedy to pilnym zadaniem stało się scalenie Kraju po rozbiciu dzielnicowym. Znacznie później, w roku 1569 na Sejmie Lubelskim przyjęto mapę administracyjną Polski, która utrzymała się aż do czasów rozbiorów. Sejmiki szlacheckie, które niestety w wieku XVIII uzależniły się bardzo od magnaterii, były wcześniej rzeczywistymi instytucjami samorządu terytorialnego. W odrodzonej Polsce międzywojnia przywrócono trzystopniowy podział administracyjny (gmina-powiat-województwo).
W roku 1950 władze komunistyczne zniosły wszelkie samorządy terytorialne i na ich miejsce wprowadziły "terenowe organy" władzy państwowej. Funkcjonowały one w trzech równoległych pionach: (1) Rada Państwa -- rady narodowe; (2) Rada Ministrów -- prezydia rad narodowych; (3) ministerstwa -- wydziały rad narodowych. Urzędnicy podlegli zatem innym urzędnikom. Zniknęła jakakolwiek forma przedstawicielstwa. Naczelnik gminy czy powiatu nie był już przedstawicielem lokalnej społeczności, ale zwykłym urzędnikiem "przywiezionym w teczce" - jak się zwykło mawiać -- z Warszawy lub z województwa. Trójwładza "partia-policja-administracja" dawała ówczesnemu reżymowi możliwość pełnej kontroli, niemniej jednak kontrola ta była pozorna. Urzędników kontrolowali przecież inni urzędnicy (często bardzo odlegli), nie zaś samo społeczeństwo. Pojawiło się sporo możliwości do korupcji.
Peerelowska administracja była bardzo silnie scentralizowana i silnie "resortowa". Reforma administracyjna z roku 1975 jeszcze bardziej pogłębiła tę centralizację. Zlikwidowano wtedy powiaty i powiększono do 49 liczbę wojewódzw (faktycznie stały się one teraz rodzajem urzędów powiatowych). Pryktyczny skutek tej zmiany był taki, że system administracji jeszcze bardziej się rozdął. Liczył bowiem teraz nie trzy, ale pięć szczebli: (1) gmina, (2) rejon, (3) województwo, (4) ponadwojewódzka administracja specjalna, (5) rząd centralny. Zlikwidowane powiaty w pewnym sensie istniały nadal, jako "rejonowe" szczeble rozmaitych służb, a ponieważ województwa stały się mniejsze i niezdolne do prowadzenia poważniejszej polityki regionalnej, zaczęto tworzyć coraz to nowe, ponadwojewódzkie organy administracji specjalnej -- było ich ostatecznie 73, które funkcjonowały w oderwaniu od terytorialnego podziału kraju. Praktyczny skutek gierkowskiej reformy był taki, że władze centralne jeszcze bardziej ingerowały w sprawy lokalne. Zmiana tego stanu rzeczy stała się palącą koniecznością.
Idea reformy administracji dojrzewała w środowiskach solidarnościowych począwszy od roku 1989. Już przy "okrągłym stole" sformułowano postulat wspólnoty samorządowej, jej podmiotowości prawnej i odrębności budżetowej. Sukces utworzonych w 1990 roku samorządów gminnych skłaniał reformatorów do prac nad ponadgminnym samorządem lokalnym. Ta wizja napotkała na zdecydowany sprzeciw ze strony ugrupowań pokomunistycznych, które jesienią 1993 roku wygrały wybory do parlamentu. Ugrupowania te uparcie lansowały ideę przebudowy centrum przed podjęciem jakiejkolwiek decentralizacji. Mimo to, w czasie prac nad nową Konstytucją RP w roku 1994 idea nowej administracji znalazła swój wyraz. Cały czas rosło także lobby samorządowe, które doczekało się swojej reprezentacji politycznej w wyborach parlamentarnych w roku 1997. Niezależnie od tego nad reformą administracji pracowała grupa ekspertów, a z czasem również polityków, skupiona od 1994 r. wokół warszawskiego Instytutu Spraw Publicznych. Grupa ta starała się uzupełnić idee "samorządowców" o jasną wizję unitarności państwa oraz nowych kompetencji premiera i rządu. "Państwowcy" zaproponowali trójdzielny system administracji terytorialnej, w którym wojewoda, a do pewnego stopnia także starosta, sprawują "państwową" pieczę nad służbami odpowiedzialnymi za przestrzeganie prawa i porządku (policja i straż). Zwartość państwa zagwarantowana jest zatem teraz nie tylko przez jednolite prawo, obywatelstwo i mechanizm kontroli decyzji administracyjnych (kolegia i sądy), lecz nade wszystko przez obecność władzy administracyjnej ogólnej (w osobie wojewody) na poziomie lokalnym, zespolenie administracji rządowej w województwie, a ponadto identyczność utrojową i kompetencyjną samorządów wszystkich szczebli.
Prawdę powiedziawszy, stworzenie samorządnych gmin i powiatów oraz samorządowo-rządowych województw to nasze autentyczne zwycięstwo nad komunizmem. Nie da się bowiem ukryć, że totalitarny duch nie zniknął jak mgła w roku 1980 czy 1989, ale żył sobie nadal w instytucjach i procedurach, jakie zostawił nam w spadku komunizm. Niewydolne służby publiczne wyglądały jak stalinowska zemsta zza grobu. Na szczęście udało się nam ją unieszkodliwić. Udało się nam wrócić do normalności.
Chyba jednym z ważniejszych sukcesów naszych polskich reform jest przejrzystość prawa i kompetencji. Oczywiście, ciągle jeszcze brakuje nam wielu nowych regulacji prawnych, wiele innych wymaga korekty, niemniej jednak nie ulega wątpliwości, że siła polskich reform tkwi również w mądrym prawie, tworzonym w oparciu o doświadczenie i wysiłek różnych środowisk.
Kompetencje władz samorządowych szczegółowo określa pięć ustaw. Pierwsza z nich, ustawa o samorządzie terytorialnym, pochodzi z marca 1990 r. -- to właśnie ona (z późniejszyini zmianami) umożliwiła powstanie samorządowych gmin. Trzy kolejne akty prawne z czerwca 1998 r. nadają administracji Kraju nową ustrojową formę, są to: ustawa o samorz?dzie powiatowym, ustawa o samorz?dzie województwa i ustawa o administracji rz?dowej w województwie. Z kolei przyjęta w lipcu 1998 r. ustawa o zmianie niektórych ustaw określających kompetencje organów administracji publicznej (nazywana "ustawą kompetencyjną") wypełniła wcześniejsze akty treścią, podobnie zresztą jak wszystkie późniejsze modyfikacje wprowadzane sukcesywnie do ustaw o systemie oświaty, o powszechnym obowiązku obrony czy tez w ustawodastwie określającym nowy system ubezpieczeń społecznych.
Trasformacja państwa to nie tylko zmiany legislacyjne. Doświadczenie uczy, że stosunkowo łatwo jest zmienić, ulepszyć prawo, trudniej przekształcić instytucje, ale jeszcze trudniej zmienić świadomość społeczeństwa. Sukces nowego ustroju zależy od społecznego poparcia. Nikt nie popiera czegoś, czego nie rozumie. Potrzebna jest zatem informacja. Każdy z nas musi wiedzieć, gdzie co może załatwić, gdzie znajdują się wszystkie najpotrzebne mu urzędy. Jeżeli posiądziemy tę wiedzę, najważniejszy praktyczny cel reformy zostanie zrealizowany. Przekonawszy się, że coś rzeczywiście działa lepiej, zechcemy to jeszcze bardziej usprawnić. Będziemy baczniej przyglądać się poczynaniom lokalnej władzy, będziemy włączać się w życie najbliższego otoczenia, a wreszcie pójdziemy do kolejnych wyborów samorządowych. Wyższa niż dotąd frekwencja w nich będzie najlepszym dowodem, że nasza demokracja naprawdę dobrze funkcjonuje.
Do jakiego urzędu się udać w danej sprawie? Sukces reformy to właśnie umiejętność odpowiedzi na to pytanie. Co załatwimy w urzędzie gminnym? Tam zarejestrujemy narodzin i zgonów, otrzymamy dowód osobisty oraz numer identyfikacyjny PESEL, zameldujemy się i wymeldujemy, zwrzemy ślub cywilny, uzyskamy pomoc materialną i zasiłek, zezwolenie na działalność usługową, dokonamy rejestracji działalności gospodarczej, kupimy lub wydzierżawimy działkę budowlany, otrzymamy (to niekiedy jeszcze w powiecie) pozwolenie na budowę domu, na wyrąb drzew. Władze gminy zarządzają lokalnymi drogami i ulicami, finansują i nadzorują przedszkola, szkoły podstawowe, żłobki, domy kultury, biblioteki, płace nauczycieli, ustalają liczbę dzieci w klasie, zajęcia dodatkowe, dożywianie, dlatego właśnie za pośrednictwem gminy możemy wpływać na funkcjonowanie wszystkich tych instytucji. Władze gminne organizują także transport publiczny, ustalają cennik za przejazdy, świadczą pomoc społeczną, budują i przyznają mieszkania komunalne, odpowiadają także za porządek, powołują własne straże, które mogą wypisywać mandaty za brud na ulicy lub zanieczyszczone posesje.
Co załatwimy w urzędzie powiatowym, czyli w starostwie?
Tam uzyskamy zmianę imienia i nazwiska, paszport, poświadczenie własności, prawo jazdy (to niekiedy już w gminie), kartę wędkarskę, rejestrację pojazdu, informacje z ewidencji gruntów, zezwolenie na inwestycje niekorzystne dla środowiska. W starostwie ma swoją siedzibę inspektorat sanitarny, weterynaryjny, budowlany. Powiat odpowiada za szkoły średnie, a także szkoły artystyczne, prowadzi szpitale, walczy z bezrobociem, dba o drogi międzygminne (dawne wojewódzkie), toteż widząc zaniedbania w funkcjonowaniu tych służb za nie odpowiedzialnych, powinniśmy się udać do starostwa. Jeśli zauważmymy, że policja nie zajmuje się chuliganami w parku, ale łapaniem kierowców na trasie wylotowej, to ze skargą także należy iść do starosty, ponieważ powiatowy komendant policji podlega właśnie staroście, który wespół z wojewódzkim komendantem policji powołuje powiatowe komendy policji i straży pożarnej.
Co dla nas najważniejsze, w starostwie znajdziemy powiatowy urząd praw konsumenta, który współpracuje z Państwową Inspekcją Handlową -- tam możemy udać się nie tylko w przypadku problemów z reklamacją butów czy przeterminowanej żywności, ale ze skargą na wszystkie inne usługi. Rzecznik praw kosnumenckich udzieli nam porad bezpłatnie i ma obowiązek powiedzieć nam gdzie co załatwić.
A co załatwimy w województwie?
Prawdę powiedziawszy -- nic. Województwo bowiem nie świadczy usług dla pojedynczych obywateli. Urzędy wojewódzkie są partnerem dla instytucji, przedsiębiorstw, innych urzędów. Województwa prowadzą jednak szkoły wyższe i policealne, specjalistyczne szpitale i kliniki, ośrodki doskonalenia nauczycieli, filharmonie, muzea, teatry, biblioteki, utrzymują transport sanitarny, drogi wojewódzkie. Wojewoda jako przedstawiciel rządu może zaskarżyć do sądu każdą błędną decyzję samorządu, jest on zatem dla nas instancją odwoławczą w przypadku, gdyby nasze interwencje w gminie i powiecie nie odniosły należytego skutku.
Niezwykle pilną sprawą jest reforma edukacji. Jeśli nie chcemy mieć w Polsce aż tylu bezrobotnych, biednych, uzależnionych, schorowanych i zamarzniętych na ulicach obywateli, ilu właśnie mamy, to musimy kształcić dzieci i młodzież lepiej i dłużej niż to robimy do tej pory. Ludzie lepiej wykształceni szybciej znajdują pracę, rzadziej są bezrobotni, mniej chorują, rzadziej wchodzą w konflikt z prawem, rzadziej ulegają najrozmaitszym patologiom - tak jest na całym świecie i tego nie trzeba udowadniać. W Polsce odsetek ludzi z wykształceniem wyższym wynosi zaledwie 6,5% populacji (na wsi 1,5%), a zatem jest 2-3 krotnie niższy niż w Unii Europejskiej. W roku 1997/98 tylko 65% absolwentów szkół podstawowych podjęło naukę w pełnych szkołach średnich, z czego zaledwie jedna trzecia w liceach ogólnokształcących, a to właśnie z nich rekrutują się przyszli studenci. Jeśli nic się tu nie zmieni, prześpimy dziejową szansę, opierając głowę o zapoznane skarby.
Celem reformy oświaty jest, aby w roku 2010 35-40% młodzieży posiadało wykształcenie wyższe, a 80% -- pewne wykształcenie średnie. Potrzeba zatem ogromnego wysiłku i współpracy całego społeczeństwa. Bezpodstawne są obawy o obniżenie ogólnego poziomu oświaty w wyniku jej umasowienia. Jeśli wykształcenie wyższe stanie się bardziej dostępne, to owszem, może się okazać, że w danej uczelni średnie wyniki egzaminów będą słabsze od dotychczasowych, ale przecież to wcale nie oznacza obniżenia poziomu oświaty. Poziom oświaty będzie w istocie wyższy, bo uczących się będzie po prostu znacznie więcej. Więcej studentów to z kolei znacznie szersza baza, z której rekrutują się ci najlepsi, którzy później osiągają wybitne wyniki w nauce. Powszechniejsze wykształcenie wyższych stopni to po prostu lepiej wykształcone społeczeństwo.
Mówiąc o Polskiej oświacie, musimy pamiętać, że mimo wielu braków działa ona wyjątkowo dobrze. Na przykład w USA, gdzie na jedno dziecko wydaje się rocznie ok. 6,5 tys. dolarów, 40% uczniów szkół publicznych w dziesiątym roku życia nie przechodzi pomyślnie najbardziej podstawowego testu na czytanie i pisanie w ojczystym języku. Uczniowie szkół prywatnych (10% ogółu) z reguły przechodzą te testy pozytywnie, a więc coś rzeczywiści nie funkcjonuje. U nas dla odmiany szkoły niepubliczne rzadko gwarantują najwyższe standardy wykształcenia. Dość często porzypominają system lepiej zorganizowanych korepetycji. Ale czy szkoły publiczne nie są równie często miejscem, w którym zapotrzebowanie na takie "korepetycje" jest generowane?
W reformowaniu owiaty bardzo wiele zatem zaley od samego rodowiska nauczycieli i wychowawców, a take o rodzin i samorzdów lokalnych. Sami nauczyciele czêsto zadaj sobie pytanie: dlaczego samorządy nie lubią oświaty? Czy dlatego, że oświata i wychowanie to aż 27% budżetu województwa i aż 56% budżetu powiatu? Czy może raczej dlatego, że wydatki na oświatę nie dają się tak łatwo skorumpować (tu prawie same pensje), a nadto, co ważniejsze, dość trudno pokazać realne zyski z tych wydatków? Najprawdopodobniej jest właśnie tak. Zyski z oświaty są długoterminowe, liczone miarą całego pokolenia, wielu pokoleń, dlatego trudniej je dostrzec niż te zyski, jakie przynosi wydatek na budowę centrum handlowego, drogi, przedsiębiorstwa. Czy wobec tego sami oświatowcy nie powinni pokazać lokalnej społeczności, że takie "zyski" faktycznie istnieją i że są nawet ważniejsze, bardziej podstawowe od innych, i że ciągle należy starać się o więcej? Jeśli chcemy, żeby cokolwiek w Polsce lepiej się udawało -- od robienia interesów po pisanie wierszy -- to na pewno nie uda się to bez lepiej wykształconego społeczeństwa, a więc bez wydajniejszego systemu oświatowego. Ten z kolei nie zmieni się ani o jotę (nawet pod naporem bajońskich funduszy), jeśli sami oświatowcy nie będą umieli wspólnie ze sobą rozmawiać, rozpoznawać wspólne wartości, zadania i problemy, rozpoznawać i promować to, co dobre i godne pochwały, a nadto bronić tego, co niezbywalne.
Nauczyciele muszą cieszyć się ze swojego powołania, ale rezultaty ich pracy muszą widzieć i doceniać wszyscy. Wychowawcy muszą ciągle się uczyć, muszą wymieniać między sobą wiedzę i doświadczenie, muszą coraz lepiej poznawać tych, którym służą, jak i tych, którzy im pomagają, a nade wszystko muszą lepiej współpracować w swoim własnym gronie. I to wszystko właśnie jest zadaniem samorządów nauczycielskich.
Przebudowa administracji Kraju zbiega się z reformą służby zdrowia. O niewydolności istniejącego systemu mówić tu nie trzeba. Wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie czy rzeczywiście ten system zapewnia nam opiekę darmową ("państwową"), skoro lekarze utrzymują się w równej mierze z nieformalnych datków, co z pensji. W powojennej Polsce służba zdrowia coraz bardziej przesuwała się w stronę tzw. "szarej strefy" lub lepiej "czarnych praktyk", wymykając się tym samym prawu, popadając w długi, tworząc jakby niezależne państwo w państwie. Biurokratyczne absurdy doprowadzały niekiedy do tego, że ordynatorowie szpitali otrzymywali premie za nieuruchamianie funduszy inwestycyjnych. Specjaliści twierdzą, że nawet znaczne zwiększenie nakładów na taką służbę zdrowia nie poprawiłoby jakości jej usług. Wszystko to było tym dziwniejsze, że nasi lekarze z reguły są cenieni na świecie za fachowość i gruntowne wykształcenie.
W nowym systemie poszczególne rodzaje usług medycznych zostały podporządkane odpowiednim jednostkom samorządowym. Gmina zapewnia leczenie ambulatoryjne, czyli takie, jakiego może udzielić grupa lekarzy pracujących w przychodni lub w gminnym ośrodku zdrowia. Poważniejszymi przypadkami chorobowymi zajmują się szpitale ogólne i te ulokowane są na terenie powiatu, natomiast specjalistyczne kliniki medyczne utrzymuje samorząd województwa. Samorządy poszczególnych szczebli prowadzą zatem zakłady opieki zdrowotnej stosownie do rangi, a więc i kosztów leczenia danego przypadku chorobowego. Działalność wszystkich tych placówek finansują regionalne Kasy Chorych -- to one zawierają umowy z lekarzami, szpitalami, przychodniami, amulatoriami, sanatoriami, itp. na świadczenie usług swoim ubezpieczonym. Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej prowadzi jedynie wysoko wyspecjalizowane kliniki o zasięgu ponadregionalnym, natomiast jego kompetencje w odniesieniu do pozostałych placówek sprowadzają się do prowadzenia ich rejestru i do wydawania zezwoleń na pracę lekarzom-cudzoziemcom.
Na czym polega zasadnicza zmiana? Na tym, że pacjent nareszcie stał się pełnoprawnym podmiotem systemu opieki zdrowotnej. Dotychczas, niestety, w dużym stopniu był on jedynie jego przedmiotem. Był przedmiotem inwestycyjnych rozterek rządu, a nawet, o zgrozo, przedmiotem zabiegów środowiska lekarskiego. Dlaczego? Dlatego, że do tej pory pieniądze publiczne szły za lekarzem. Tymczasem w nowym systemie pieniądze idą za pacjentem. Teraz on sam może wybrać lekarza rodzinnego, lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, lekarza specjalistę, przychodnię, szpital, a niekiedy nawet kasę, w której zechce się ubezpieczyć. Pacjent zobowiązany jest wnieść do Kasy Chorych składkę (7,5% dochodów) i jest to składka sprawiedliwa, bo obciąża każdego z nas w taki sam sposób, niezależnie od wielkości zarobków. Zasada równości obywateli jest tu w pełni zachowana, a także zasada solidarności, bo osoby bardziej poszkodowane przez los mają prawo do takich samych świadczeń jak wszyscy. Kasy Chorych mogą wykupywać dla nas usługi medyczne nie tylko u świadczeniodawców publicznych, lecz również spółdzielczych i prywatnych, a więc tam, gdzie do tej pory leczyliśmy się tylko za własne pieniądze. Ale pamiętajmy: leczyliśmy się tam bez konieczności wręczania łapówek! Jeśli zatem właśnie tam będziemy się leczyć z Kasy Chorych, to jakość usługi zostanie zachowana, a konieczność uczestniczenia w "szarej strefie" samoczynnie zniknie.
W nowym systemie opieki zdrowotnej każdy z nas otrzyma tzw. kartę identyfikacyjną ubezpieczenia zdrowotnego, wydaną przez naszą Kasę Chorych. To ona da nam prawo do bezpłatnych usług medycznych na terenie całego kraju. Jeśli przekonamy się, że nasza Kasa Chorych zaniedbuje wykupywanie usług medycznych, do których mamy prawo, lub też, że jest źle zarządzana, będziemy mogli zaskarżyć ją w powiatowym urzędzie praw konsumenta, a w czasie kolejnych wyborów do rady Kasy będziemy mogli wybrać ludzi naprawdę odpowiedzialnych.
Najpoważniejszym problemem ekonomicznym polskich rodzin jest brak mieszkań. Półtora miliona rodzin nie posiada własnego mieszkania. Ok. 40% mieszka w domostwach przeludnionych; ok. 40% mieszkań nadaje się do kapitalnego remontu. Mimo, iż od dzisięciu z górą lat przyrost naturalny w Polsce jest bardzo niski (w roku 1998 urodziło się niemal dokładnie tyle, co zmarło), to jednak problem mieszkaniowy Polaków wcale się nie zmniejsza. Wręcz przeciwnie, liczba mieszkań oddawanych do użytku maleje z roku na rok. Obecnie na tysiąc mieszkańców przypada niecałe trzysta mieszkań (298), podczas gdy w Hiszpanii jest ich 459. Jeśli odwrócimy to zestawienie, to okaże się, że w Polsce w jednym mieszkaniu mieszka średnio 3,3 osoby, tymczasem w Hiszpanii, we Francji czy w USA tylko 2,6, a w Szwajcarii i w Niemczech -- 2,3. Nierówno rozkłada się też komfort naszych domowych ognisk. W gospodarstwach domowych o najwyższych dochodach na jedną osobę przypada ok. 26 m2 powierzchni mieszkaniowej. Członkowie najuboższych rodzin muszą zadowolić się metrażem dwu- lub trzykrotnie mniejszym. Sprawą najbardziej niepokojącą jest natomiast to, że brak perspektyw mieszkanionych wykazuje dość trwałe tendencje. Czy nic tu nie można zmienić?
Kompetencje gmin obejmują sprzedaż i dzierżawę działek budowlanych, wydawanie zezwoleń na przerobienie strychu lub piwnicy na mieszkanie, budowę mieszkań komunalnych i zapewnienie wszystkich usługi związane z ich prowadzeniem (woda, prąd, ciepło, gaz). Wójt, burmistrz lub prezydent udzielają pozwolenia na budowę domu, oni także odpowiadają za zorganizowanie pomocy dla bezdomnych. Jak się jednak wydaje, samorząd gminny nie jest w stanie radykalnie poprawić sytuacji mieszkaniowej Polaków. Z kolei doświadczenia innych państw wskazują, że najlepsze wyniki w tym względzie przynosi działalność samych obywateli, instytucji społecznych, przedsiębiorstw komercyjnych wspomagana jedynie przez samorząd i rząd. Działające w Niemczech kasy budowlane postawiły w okresie powojennym 12 milionów mieszkań, co stanowi 2/3 wszystkich mieszkań oddanych do użytku, w tym -- ok. 90% mieszkań jednorodzinnych. System ten nie opiera się na państwowych inwestycjach, lecz na drobnych, indywidualnych oszczędnościach obywateli rozciągniętych na czas przed i po budowie domu, lecz -- co bardzo ważne -- wspomaganych przez państwo dopłatą, która wzmacnia motywację oszczędzających. Jak łatwo sobie wyobrazić, taka dopłata jest znacznie bardziej skuteczna niż prowadzenie firm budowlanych czy spółdzielni. Koszty "administrowania" dopłatą są prawie żadne, czego nie da się powiedzieć o administrowaniu przedsiębiorstw. Ewolucja naszego ustawodawstwa idzie w podobnym kierunku, tzn. coraz bardziej sprzyja inicjatwywom budowlanym samych obywateli lub ich spółdzielni, a nie przedsiębiorstw państwowych czy samorządowych. Działają już Polsce kasy budowlane. Od naszej, samorządowej inicjatywy zależy to, czy wszystkie te zmiany upowszechnią się i będą skuteczne.
Szewskie pasje w sektorze usług
Gdzie powinien zwrócić się przedsiębiorca, który rozpoczyna działalność gospodarczą? W gminie może zarejestrować swoją działalność, uzyskać zezwolenie na budowę sklepu, warsztatu, fabryki czy restauracji, na wyszynk alkoholu, przewóz taksówką i inną działalność usługową. Zezwolenia na prowadzenie linii autobusowej na terenie gminy udzielają władze gmine, na dłuższe trasy pozwoleń udziala starosta lub marszałek. Starosta także udziela pozwoleń sanitarnych na prowadzenie sklepu mięsnego czy restauracji, scala i wymienia grunty, orzeka o nabyciu gruntów, pozwala na dostęp do wody pitnej, poświadcza własność, rozgranicza nieruchomości.
Jasne kompetencje administracji samorządowej mają sprzyjać intensyfikacji ekonomii. Jak się wydaje, jest to szczególnie ważne w małych gminach, gdzie ciągle utrzymuje się wysokie bezrobocie. Nie ma lepszego sposobu na przezwyciężanie bezrobocia i innych niedomogów społecznych jak właśnie rozwój gospodarczy regionu. Ten rozwój jednak tylko w pwnym stopniu jest wynikiem strategii władz regionu (województwa), dużym stopniu zależy po prostu od aktywności lokalnego środowiska. Jak pokazuje praktyka, to właśnie ono najszybciej ściąga inwestycje, układa dobre programy gospodarcze. Region pełni funkcje strategiczne i pomocnicze. Wśród przedsiębiorców często można spotkać się z opinią, że naprawdę dobre interesy można było zrobić w Polsce komunistycznej, później zaś przed wolną inicjatywą postawiono mnóstwo barier. Jest to bałamutna opinia. Na czym polegała ta dawna łatwość inwestowania? Czy nie była ona w istocie raczej łatwością korumpowania? Przecież prywatna przedsiębiorczość była w PRL zawsze postrzegana jako "mniejsze zło". Cały aparat administracyjny ustawiony był przeciwko niej. Nie był na szczęście skuteczny, ale przecież to niewielka pociecha. W nowych ramach administracyjnych przedsiębiorczość jest wspólnym interesem całej lokalnej społeczności i całego regionu. O tym powinni pamiętać nie tylko urzędnicy.
Nałogi i inne niedomogi, czyli jak pokonać kryzys w rodzinie
Mniej więcej jedna czwarta rodzin skrajnie ubogich, czyli ok. 1,4 miliona osób, pozostaje w sferze ubóstwa od wielu lat. Wśród ludzi o dochodach mniejszych niż tzw. minimum egzystencji (1,7 mln osób) niemal połowę stanowią dzieci i młodzież do 19 roku życia. Mówiąc jeszcze inaczej, dzieci do 14 roku życia stanowią jedną trzecią najuboższej ludności kraju. Zwróćmy uwagę: są to dzieci, a nie emeryci, którzy zawsze jakoś mogą upomnieć się o swoje prawa, nawet jeśli w sposób ograniczony. Prawdę powiedziawszy, tylko 5% osób powyżej 65. roku żyje w skrajnym ubóstwie.
Grupa ludzi i rodzin dotkniętych skrajnym ubóstwem zmiejsza się z roku na rok (poniżej tzw. minimum egzystencji w 1994 żyło 6,4%, w 1996 -- 4,3% ogółu ludności). Spada także liczba osób i rodzin żyjących poniżej poziomu tzw. ubóstwa socjalnego, ale ciągle jest ona niezwykle wysoka: w roku 1955 objemowała o na 55% społeczeństwa, to w roku 1996 -- 47%. Cały czas rośnie poziom realnych dochodów, ale znowu jest on do tego stopnia mały, że jeszcze ciągle jeszcze gros zarobków wydawajemy na żywność.
Ubóstwo ekonomiczne, ale jeszcze bardziej długotrwałe w nim pozostawanie sprzyja patologiom. Samorządy muszą zatem przeciwdziałać schorzeniom społecznym. W budżecie powiatu opieka społeczna zajmuje 16% wydatków, a 6% w budżecie województwa. Jednym z najważniejszych zadań starosty w tym względzie jest powołanie kierownika powiatowego centrum pomocy rodzinie i powierzenie mu określonych obowiązków. Centrum pomocy rodzinie jest jednostką najzupełniej nową. Jego zadaniem jest opracowanie programów rozwiązywania problemów społecznych, badanie przyczyn ubóstwa i patologii, informowanie obywateli o prawach i uprawnieniach, jakie im przysługują, a wreszcie organizowanie poradnictwa i konkretnej pomocy. Na władzach powiatowych ciąży bowiem obowiązek pomocy rodzinom w sytuacjach kryzysowych. Starosta prowadzi ośrodki interwencji kryzysowej, ale także zapewnia rutynowe usługi społeczne, jak prowadzenie domów opieki społecznej dla osób starszych, prowadzenie placówek opiekuńczo-wychowawczych (domy dziecka, rodzinne domy dziecka, pogotowia opiekuńcze, świetlice i kluby środowiskowe) oraz ośrodków adopcyjno-opiekuńczych, które tworzą i nadzorują zastępcze formy wychowania rodzinnego. Starosta przyznaje i wypłaca zasiłek rodzinny i pielęgnacyjny. On także na podstawie decyzji sądu opiekuńczego (lub na podstawie zgody rodziców dziecka) organizuje opiekę w rodzinach zastępczych, zawiera z tymi rodzinami umowę cywilnoprawną powierzenia dziecka (zawiadamia o tym sąd) i na tej podstawie udziela owej rodzinie pomocy pieniężnej na utrzymanie wychowanka. Starosta ma także organizować wsparcie dla osób opuszczających ośrodki opiekuńczo-wychowawcze.
Z kolei zadaniem ośrodków interwencji kryzysowej jest świadczenie dostępnych całą dobę usług psychologicznych, prawnych, hotelowych, które będą potrzebne osobom lub rodzinom - ofiarom przemocy. W tym zakresie, na staroście ciąży również obowiązek organizowania ośrodków dla uchodźców i osób bezdomnych.
Do własnych zadań gminy należy prowadzenie lokalnych domów pomocy społecznej oraz świadczenie najpilniejszej pomocy osobom i rodzinom -- pomocy rzeczowej, w naturze, w formie zasiłku, pożyczki, zwłaszcza pomocy na ekonomiczne usamodzielnienie się. Gmina nie może także odmówić pomocy osobom dotkniętym wypadkami losowymi, w takich sytuacjach ma udzielić schronienia, pokrywać koszty leczenia, wyżywienia czy pogrzebu.
Do ważnych zadań zarówno gminy, jak i powiatu należy stworzenie programu przeciwdziałania narkomanii, alkoholizmowi i innym uzależnieniom. Ustawa o pomcy społecznej z czerwca 1998 r. pozwala samorządom i organom władzy rządowej na zlecanie (na drodze umowy) zadań z zakresu pomocy społecznej organizacjom społecznym, Kościołowi katolickiemu, innym kościołom, związkom wyznaniowym, fundacjom, stowarzyszeniom oraz osobom fizyzycznym i prawnym. Przepis ten otwiera drogę do szerokiej współpracy między najrozmaitszymi organizacjami i instytucjami istniejącymi już na terenie gminy czy powiatu. Wszystkie one, jeśli tylko otrzymają na to zgodę wojewody, mogą realizować usługi profilaktyczne, wychowawcze i opiekuńcze. Ponieważ bardzo często robią to lepiej i efektywniej niż placówki publiczne, gminy zapewne będą coraz częściej korzystać z ich usług.
Jak zostać pogodnym dziadkiem lub babcią?
Obecnie mamy w Polsce ok. 9 mln emerytów. Demografowie przewidują, że w roku będzie ich o 3 mln więcej. Ponieważ przyrost naturalny zbliża się w Polsce do zera, oznacza to, że o ile obecne na jednego emeryta przypada na 2,2 pracujących, o tyle w roku 2020 będzie ich już tylko 1,76. Jeśli zachowalibyśmy istniejący system opieki emerytalnej, to za dwadzieścia lat składka emerytalna musiałaby sięgać aż 58% wynagrodzenia, a nie 45% jak obecnie. Z drugiej strony, gdyby usunąć rozmaite przywileje emerytalne, to składka ta już teraz mogłaby być o jedną trzecią mniejsza. Przywileje, ale często po prostu zły stan zdrowia, powodują, że mężczyźni przechodzą w Polsce na emeryturę średnio w 59. roku życia (a nie w 65. jak chce prawo), zaś kobiety w roku 55. (zamiast w 60.). Wydatki na emerytury wynoszą u nas ponad 15% Produktu Krajowego Brutto, podczas gdy w bogatszych krajach wynoszą od 8 do 11% PKB. Nasz system emerytalny jest zły i niewydolny, a w dodatku nieodporny na zmiany demograficzne i gospodarcze.
Na czym polega nowy ustrój emerytalny uruchomiony w roku 1999? Przede wszystkim jest ustrojem najzupełniej nowoczesnym, a ponadto znacznie wydajniejszym, sprawiedliwszym i po prostu lepszym. W nowym ustroju nie będziemy otrzymywać emerytur wyłącznie u ZUS (Zakład Ubezpieczeń Społecznych), lecz z trzech niezależnych źródeł -- dotyczy to zwłaszcza osób młodych, bo najstarsi pozostaną w starym systemie. Nowa emerytura oparta jest na trzech filarach (źródłach):
a) pierwszy filar - to emerytura wypłacana jak dotychczas przez ZUS, a więc emerytura solidarnościowa, czyli wypłacana osobom niepracującym ze składek na bieżąco wnoszych przez pracujących. Tu jednak wprowadzono kilka istotnych zmian: do ZUS odprowadzamy tylko 80% dotychczasowej składki, a ta jest ściśle powiązana z naszym stażem i zarobkami oraz jest rejestrowana (ale tylko rejestrowana) na naszym indywidualnym koncie. Wszystko to daje nam prawo do otrzymania w przyłości świadczenia proporcjonalnego do dzisiejszych dochodów, nigdy wszakże poniżej pewnego minimum emerytalnego, z którego zachowanie bierze odpowiedzialność państwo. W pierwszym filarze ważne jest jeszcze to, że pieniądze nie idą jak dotąd do "wspólnego worka", ale uporządkowane są w kilku funduszach wg kryterium stopnia ryzyka: w fuduszu emerytalnym, rentowym, wypadkowym, ubezpieczenia na wypadek niezdolności do pracy, choroby i macierzyństwa oraz w funduszu rezerwowym -- taki podział środków pozwala na precyzyjne obliczenie wydatków. Zreformowany I filar obejmuje wszystkie osoby, które w chwili rozpoczęcia reformy nie ukończyły 50. roku życia.
b) drugi filar - to emerytura z powszechnych prywatnych funduszy emerytalnych, a więc emerytura kapitałowa: 20% dotychczasowej składki na ZUS nie trafia już do ZUS (czyli do emerytów), lecz na prywatne konto, gdzie jest pomnażana. Te pieniądze "pracują" na naszą przyszłość. Działalność funduszy emerytalnych posiada gwarancje państwowe. W przyszłości z drugiego filaru otrzymamy 40-45% naszej emerytury. W I i II filarze obowiązkowo biorą udział osoby urodzone w roku 1969 i później, natomiast osoby urodzone między rokiem 1949 a 1969 mogą same zadecydować, czy chcą uczestniczyć tylko I filarze, czy razczej przystępić do I i II równocześnie.
c) trzeci filar - to emerytura z dobrowolnych oszczędności w towarzystwach ubezpieczeniowych, w zakładowych i branżowych programach emerytalnych organizowanych przez pracodawców lub w towarzystwach ubezpieczeń wzajemnych.
Jak zatem widzimy, nasz nowy ustrój emerytalny posiada charakter mieszany: emerytury finansowane są w części z bieżących składek, a w części z procentującego kapitału -- taki system jest najbardziej bezpieczny i stabilny, a ponadto przejrzysty i sprawiedliwy. Warto jeszcze dodać, że płaceniem składek w I filarze będzie w równym stopniu obciążony pracownik co pracodawca, a to pozwoli uniknąć nadużyć (do 1999 roku płacił je pracodawca, ale nasze płace nie były "ubruttowione", więc nie wiedzieliśmy ile tak naprawdę zarabiamy ani ile oddajemy na składkę). Warto także pamiętać, że wypłata emerytur z II filara nie będzie następować automatycznie, jak to się dzieje w pierwszym filarze, lecz my sami wybierzemy rodzaj świadczenia: emeryturę indywidualną lub małżeńską, emerytury wypłacane tylko do śmierci ubezpieczonego lub emerytury z gwarantowanym okresem płatności, gdzie w wypadku wcześniejszej śmierci ubezpieczonego świadczenia są wypłacane współmałżonkowi lub dzieciom.
Wszelkie rewolucje mają swoich kontrewolucjonistów. Przebudowa naszej administracji dokonywała się raczej ewolucyjnie i jeszcze się nie zakończyła. Czy i ona ma swoich przeciwników? Bez wątpienia tak. Kto jest największym z nich? No cóż, wydaje się, że... stare przyzwyczajenia. Decentralizacja władzy, pełniejsza podmiotowość obywatela, samorządność, lokalna tożsamość -- wszystko to nie dzieje się samo ani nie jest wynikiem procesów czysto spontanicznych. Wszystko to wymaga wspólnego wysiłku. A jednak siła starych przyzwyczajeń okazuje się nieraz większa. Chęć posłużenia się łapówką, chęć załatwienia sprawy w oparciu o jakieś ważne "plecy" działa ciągle jak fatalny magnes. Zróbmy zatem wszystko, żeby magnes zdrowego rozsądku i uczciwości okazał się mimo wszystko silniejszy.
Te same problemy, ci sami urzędnicy
Jedną z trudności na jakie napotyka reforma administracji, a również inne reformy, wynika z tego prostego faktu, że nowe pomysły realizują starzy ludzie. Instytucje są inne, lecz urzędnicy ci sami. Przy odrobinie wyobraźni możemy jednak przyjąć, że ten fakt ma również swoje dobre strony. Ci sami ludzie zapewniają instytucjom ciągłość działania. Rewolucja staje się ewolucją. Życie społeczne unika tym samym niepotrzebnych napięć. A ponieważ zadania urzędów gminnych, powiatowych i wojewódzkich rzeczywiście są nowe, z czasem samo życie zweryfikuje również personalia. W ciągu kilku ostatnich lat wiele urzędów gminnych przekonało się, że w miejsce 2-3 dotychczasowych pracowników wystarczy zatrudnić jednego. Wiele innych gmin musiało z kolei stworzyć od podstaw nowe struktry. Ważne jest jednak, że cały ten proces nie polegał na realizowaniu jakiegoś z góry założonego planu, ale dyktowało go samo życie, instynkt oszczędzania i racjonalność. Problemy w gminach były te same i ludzie ci sami, a jednak nowe podstawy prawne oraz mechanizmy samorządowe sprawiły, że zaczęto działać roztropniej, efektywniej i skutecznej.
"Psuje" wysokiej rangi, nie gangi
Niedoskonali wykonawcy to jednak nie jedyne zmartwienie reformy. Miała ona przecież również wielu niechcianych... autorów. Środowiska samorządowe zwykły ich nazywać "psujami" i to psujami wysokiej rangi, bo często chodzi tu urzędników ministerialnych lub nawet członków rządu, który podjął decyzję o wprowadzeniu reform. Opór ze strony niektórych ministerstw uniemożliwił lepsze wyposażenie samorządów w możliwość prowadzenia poważnej polityki ekologicznej, restrukturyzacji rolnictwa, rozwijania sieci dróg. Stare przyzwyczajenia nie pozwoliły wysokim urzędnikom wyzbyć się możliwości swobodnego dysponowania pewnymi, często pozabudżetowymi środkami, służącymi niejenokrotnie do podbudowywania własnej pozycji politycznej ich dysponentów. Innym elementem sprzeciwu było blokowanie zespalania władzy rządowej w województwie. Okazało się bowiem, że niemal wszystkie ministerstwa dążyły do zachowania pełnego stanu swoich służb i niepoddawania ich wojewodzie bądź samorządowi wojewódzkiemu -- już to "w imię dobra wspólnego", już to (co prawdziwsze) dla zachowania komfortu swobody w wydawaniu pieniędzy państwowych.
Na szczęście, te antyreformatorskie wysiłki napotkały wiele przeszkód w parlamencie. Przy tej okazji warto przypomnieć, że sposób określania kompetencji w obecnej "ustawie kompetencyjnej" opiera się na założeniu, że wszystkie dotychczasowe zadania administracji rządowej stają się zadaniami własnymi samorządu, chyba że przepis mówi wyraźnie, że pozostają one w gestii administracji rządowej, a tylko zlecane są samorządowi. A zatem, jeśli nic nie jest wyraźnie zastrzeżone dla rządu, to znaczy, że pozostaje w gestii władzy lokalnego samorządu -- tak należy interpretować prawo. W przypadku konkretnych konfliktów lepiej odwoływać się bezpośrednio do Prezesa Rady Ministrów (premiera rządu), a nie do Rady Ministrów w ogólności czy do któregoś z ministrów. Ci, którzy chcą zachować stare kompetencje, nie zawsze będą nam dobrymi doradcami. Młode wino potrzebuje nowych bukłaków.
Polityk i urzędnik na ścieżce wojennej
Kolejna trudność na drodze do pełnej samorządności wynika z omnipotencji urzędników. Struktury polityczne, zwłaszcza te na szczeblu lokalnym są w Polsce bardzo słabe, stąd też istnieje realne niebezpieczeństwo, że samorządność zostanie zdominowana przez dobrze obeznanych z przepisami urzędników. Mówiąc inaczej, ci, którzy odpowiedzialni są za sprawiedliwą i efektywną dystrybucję dobra wspólnego, mogą zająć także miejsce tych, którzy mają to dobro generować. Mówiąc jeszcze inaczej, w Polsce powiatowej i gminnej może dziać się coś, co będzie dokładną odwrotnością sytuacji panującej w Irlandii Północnej. O ile bowiem tam bowiem na skutek długotrwałych konfliktów mamy do czynienia z przerostem "woli politycznej" i słabością administracji, o tyle u nas urzędnicy gotowi by sami rządzić wszystkim, z kolei generatorzy woli politycznej (czyli my sami i wybierani przez nas radni) gubią się w przepisach, a nawet w ogóle ich nie znają, nie potrafią zatem i nie chcą realizować swoich praw. Jedynym rozwiązaniem jest tu oświata i komunikacja. Potrzeba szkoleń, lokalnej prasy, stałych konsultacji oraz współpracy najrozmaitszych środowisk. Przecież to wójt, burmistrz, prezydent, starosta, marszałek powinni rządzić swoimi urzędami, a nie odwrotnie. To oni za pośrednictwem urzędów winni świadczyć nam usługi, a nie my im. Dobrze się stanie również, jeśli polityk i urzędnik wejdą na... "ścieżkę wojenną". Skoro ich zadania są tak różne, to powinni zachować między sobą kompetencyjny dystans. Powinni być inaczej szkoleni i inaczej rozliczani ze pracy. Każdy z nich powinien być sobą.
Pokaż mi jak świętujesz, a powiem ci kim jesteś
Potrzebna jest także wspólna rozmowa między "panem, wójtem i plebanem". Oczywiście, nie chodzi tu tylko o rozmowę, ale o coś więcej -- o wspólny język, o umiejętność szybkiego porozumienia się całej lokalnej społeczności, co nie wyklucza przecież różnic. Wbrew pozorom, to nie mechanizmy demokratyczne budują wspólnotę polityczną, ale kultura, w której zanurzona jest cała lokalna społeczność. Gdybyśmy naszą wolę wzajemnej współpracy realizowali tylko przy okazji wyborów czy referendum, to doprawdy niedaleko byśmy zaszli. Tymczasem prawdziwe "życie polityczne" rozpisuje się na wszystkie chwile -- życie "polityczne", czyli "gminne", "miejskie", "powiatowe", "wspólne". O jego jakości świadczą nie tylko zadbane ulice, szkoły i biblioteki, ale także sposób spędzania wolnego czasu. Kto wie, czy to właśnie nie on decyduje o wszystkim.
absolutorium -- poparcie, jakiego zgromadzenie przedstawicelskie (rada gminy, powiatu, sejmik, sejm) udziela wybranemu przez siebie organowi wykonawczemu (zarządowi, wójtowi, staroście, rządowi) po przyjęciu sprawozdania z jego działalności lub przy innych okazjach; brak absolutorium oznacza, że organ wykonywczy zostaje rozwiązany.
bezpośrednie sprawowanie władzy -- ma miejsce wtedy, gdy cała społeczność bierze udział w podejmowaniu decyzji; tę formę rządów stosowano w starożytnych Atenach; dzisiaj stosuje się ją tylko w nadzwyczajnych okolicznościach w formie referendum; aczkolwiek gminy niektórych kantonów szwajcarskich stale korzystają z tej formy sprawowania władzy.
CIT -- podatek dochodowy od osób prawnych (np. przedsiębiorstw).
dotacja -- to pieniądze "silnie znaczone", przeznaczone tylko i wyłącznie na wskazany cel, jej wysokość jest ustalona tak, jakby to samo zadanie miało być zrealizowane z budżetu państwa
PIT -- podatek dochodowy od osób fizycznych (obywateli).
przedstawicielskie sprawowanie władzy -- społeczność wybiera swoich przedstawicieli, którym powierza sprawowanie władzy w swoim imieniu; w dobie obecnej niemal wszystkie szczeble władzy (prezydent, sejm, senat, rada municypalna) mają charakter przedstawicielski, wyjątkiem jest tu j edynie instytucja referendum.
subwencja -- to pieniądze mające zrekompensować niskie dochody danej jednostki administracyjnej; subwencja jest obliczana według określonego wzoru (np. subwencja drogowa), jednak w odróżnieniu od dotacji (patrz wyżej) może być p rzeznaczana na inny cel.
wybory powszechne i proporcjonalne -- czyli takie, w których biorą wszyscy uprawnieni do głosowania obywatele, a zarazem takie, w których kandydaci otrzymują mandaty proporcjonalnie do liczby uzyskanych głosów.